Jakich pomników brakuje we Wrocławiu?

(Fot. Wikipedia / Ian Sewell / GFDL / CC-BY 2.5)
Autorska propozycja przedstawiciela Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia. Kontrowersyjna, ale spójna i inspirująca.
Modny ostatnio amerykański socjolog, myśliciel i teoretyk miasta Richard Florida twierdzi, że fundamentem rozwoju metropolii jest klasa kreatywna – grupa dobrze wykształconych, dobrze zarabiających ludzi z różnych grup zawodowych, od informatyków przez naukowców aż po poetów i malarzy, których praca opiera się na twórczym i nowatorskim myśleniu. Florida pisze wręcz, że wiedza i kreatywność wypierają zasoby naturalne i pracę fizyczną jako nowe źródła tworzenia bogactwa i wzrostu gospodarczego. Jak można przyciągnąć tę cenną grupę do siebie? Według jego badań odnoszące sukcesy miasta cechuje zasada 3T: Talent, Technologia i Tolerancja.
Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz w jednym z wywiadów prasowych do “triady Floridy” dodał czwarte “T” – tożsamość. Nie sposób się z nim nie zgodzić. Sam autor koncepcji klasy kreatywnej w swoim “Cities and the Creative Class” pisze, że miasta muszą stać się dla ludzi atrakcyjne, aby nie dopuścić do utraty klasy kreatywnej, przyciągnąć ją i zatrzymać. Stworzenie silnej tożsamości lokalnej i identyfikacji z miejscem jest znakomitym sposobem na przywiązanie ludzi do miasta i między innymi taka powinna być rola stawianych we Wrocławiu pomników.
W związku z tym uważam, że należy upamiętniać osoby bezpośrednio związane z naszym miastem, najlepiej w całej jego tysiącletniej historii. Chciałbym przedstawić panteon postaci, które mimo bardzo silnych związków z Wrocławiem nie doczekały się w naszym mieście godnego upamiętnienia.
Zacznijmy od Georga Bendera, nadburmistrza Wrocławia w latach 1891-1912. Bez wątpienia był on jednym z najwybitniejszych zarządców miasta, ponieważ przekształcił Wrocław w prawdziwą metropolię. Wybudował gazownie, linie tramwajowe i nowe osiedla, założył nowe parki, rozpoczął budowę naszej największej chluby – Hali Stulecia. Za czasów jego rządów budżet miasta wzrósł ponad trzykrotnie, a ludność wzrosła o 200 tysięcy mieszkańców. Został pochowany na Cmentarzu Osobowickim.

Sprawa z pomnikiem nadburmistrza byłaby wyjątkowo prosta – monument został mu wystawiony jeszcze przed wojną. Głaz pamiątkowy stoi u podnóża Wzgórza Bendera w Parku Południowym, które obecnie nie ma żadnej nazwy. Inskrypcja na kamieniu została skuta najprawdopodobniej tuż po wojnie, wystarczyłoby ją teraz odtworzyć.

Warto również upamiętnić wybitnych wrocławskich naukowców. Doczekaliśmy się aż 10 laureatów Nagrody Nobla, z czego dzisiaj tylko jeden (Max Born) ma ulicę nazwaną swoim nazwiskiem. Tutaj oczywiście wypada wstawić jedno zastrzeżenie – Fritz Haber, laureat z chemii, stracił swoje szanse na monument osobiście nadzorując użycie gazów bojowych wynalezionych przez siebie podczas I Wojny Światowej.
Poza noblistami możemy chwalić się również wieloma innymi umysłami, które tutaj w skrócie wymienię. Jan Evengelista Purkynie, czeski uczony, odkrywca m.in. neuronów w korze mózgu (komórek Pukryniego) czy metody identyfikacji ludzi wg ich odcisków palców. Johan Gottfried Galle, odkrywca planety Neptun (pochowany na cmentarzu przy ul. Ślężnej – w tym miejscu jest dziś basen). Gustav Kirchoff, twórca słynnych elektrycznych praw Kirchoffa. Alois Alzheimer, czyli “nazwisko, którego nie da się zapomnieć”. Ferdinand Cohn, jeden z twórców bakteriologii. Ludwik Hirszfeld, który zidentyfikował grupy krwi. I wreszcie Hugo Steinhaus, wybitny lwowsko-wrocławski matematyk.

Nie możemy zapominać o wybitnych wrocławskich architektach modernizmu – od Berga do Barskich. Dali nam oni takie obiekty jak Hala Stulecia, Pawilon Czterech Kopuł, budynki z wystawy WuWA czy powojenne budynki modernistyczne, np. akademiki Kredka i Ołówek.

Piastowie Śląscy rządzili naszym regionem przez kilkaset lat, ich linia rodowa rozpoczęta przez Władysława Wygnańca wymarła dopiero w XVIII wieku. Walnie przyczynili się do rozwoju miasta, choć stawiając im pomnik nie musimy wspominać o tym, że pod Grunwaldem walczyli po stronie Krzyżaków.

Julius Schottlaender był wrocławskim przemysłowcem z przełomu XIX i XX wieku, który dorobił się majątku na produkcji, nieruchomościach i zaopatrzeniu dla pruskiej armii. Był filantropem, ufundował miastu między innymi Park Południowy. Wspierał też wrocławskich Żydów fundując im m.in. dom starców i dom sióstr szpitalnych. Został pochowany w okazałym grobowcu na cmentarzu przy ul. Ślężnej. Do 1934 r. jego imię nosiła ulica prowadząca do jego dawnego majątku, dziś znana jako ul. Karkonoska.

Wrocław może też poszczycić się szerokim gronem utalentowanych literatów. Do najwybitniejszych należą z pewnością: dramaturg Karl Holtei, autor między innymi utworu “Stary Wódz” o Tadeuszu Kościuszce; studiujący we Wrocławiu Joseph von Eichendorff, drugi po Goethem niemiecki poeta romantyczny; Gerhart Hauptman, powieściopisarz i dramaturg, laureat nagrody Nobla; Marek Hłasko, który przez kilka powojennych lat mieszkał we Wrocławiu; Rafał Wojaczek, najsłynniejszy wrocławski poeta wyklęty; czy wreszcie moi osobiści faworyci, Stanisław Lem i Ryszard Kapuściński, doktorzy honoris causa naszych uczelni.
Na koniec, trochę kontrowersyjnie, chciałbym przedstawić sylwetki dwóch osób, które zasłynęły głównie w historii wojskowości.

Carl von Clausewitz był pruskim generałem i teoretykiem wojny, który najbardziej znany jest ze swojego traktatu “Vom Kriege” (”O wojnie”). Chociaż jako generał Clausewitz wielkich sukcesów nie osiągnął, traktat ten jest dzisiaj Biblią wszystkich managerów, szczególnie tych odpowiadających za zarządzanie strategiczne i jest porównywany do dzieł samego Sun-Tzu.

Manfred von Richthofen, bardziej znany jako Czerwony Baron, urodził się na terenie dzisiejszego Borka w 1892 r. Zasłynął podczas I Wojny Światowej pilotując swojego czerwonego trójpłatowca Fokkera Dr.1 i odnosząc na nim aż 80 zwycięstw, co uczyniło z niego największego asa lotniczego w historii. W kwietniu 1918 r. został zestrzelony i spadł na ziemię za liniami sił sprzymierzonych. Cieszył się jednak tak wielką estymą, że następnego dnia został pochowany z najwyższymi honorami wojskowymi przez 3. dywizjon australijskich sił powietrznych. Przeniknął do dzisiejszej kultury masowej, poświęcono mu niezliczone ilości filmów, książek, komiksów, gier komputerowych, jego imieniem nazwano nawet amerykańską sieć pizzerii. Dzisiaj Google zwraca pięciokrotnie więcej stron poświęconych Richthofenowi niż Lechowi Wałęsie.
Chciałbym podkreślić, że absolutnie nie domagam się wystawienia pomnika każdemu z wyżej wymienionych. Chcę tylko pokazać, jak bogate dziedzictwo ma Wrocław i jak wielką ponosimy stratę nie chcąc z niego korzystać.
Autor działa w Towarzystwie Upiększania Miasta Wrocławia. Tekst został wygłoszony podczas debaty pomnikowej w sali sesyjnej Rady Miejskiej Wrocławia (18.02.2010.). Ilustracje w tekście pochodzą z prezentacji towarzyszącej wystąpieniu.
Zdjęcie nad tekstem pochodzi z Wikipedii. Trafiło tam stąd. Jest objęte licencjami GNU-FDL oraz Creative Commons Attribution ShareAlike3.0 i Attribution 2.5.

Łukaszu!
Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z faktu, że powyższym wpisem ustawiłeś “na kontrze” w stosunku do swojej – jakże interesującej – inicjatywy dość duże środowisko wrocławian, które w sposób umowny można nazywać “narodowym”. W niczym nie negując dokonać dawnych Wrocławian, “prześlizgnąłeś” się po dokonaniach polskich Wrocławian.
Nie sądzę, aby takie potraktowanie tematu przysłużyło się dobrze tej sprawie.
Oczywiście znam proporcje, ale również nie zapominam o okolicznościach. Mam tutaj na myśli przede wszystkim świadome działania władz PRL przemilczania myśli i działań ludzi, którzy swoim mottem życiowym uczynili sentencję “precz z komuną”. A dotyczy to – jak wiesz – nie tylko środowisk umownie nazywanych “politycznymi”. Marzec’68, czy też “ostatki” lustracyjne dostarczyć mogą także wielu przemyśleń i refleksji…